Tak oficjalnie, jestem tchórzem. Pieprzonym kurczakiem
trzęsącym dupą z każdego możliwego tylko powodu. Strach ten blokuje mnie przed
wszystkim. Nie chodzi o jakieś wielkie akcje, ale czasem nawet paraliżuje mnie
podczas najprostszych funkcji życiowych. Podobno wszyscy się boimy, ale czy to
możliwe, że wszyscy się boimy aż do takiego stopnia? Serio? Jakoś tak trudno mi
uwierzyć, że ktoś oprócz mnie ma obawy przed pomocą. Chcesz mu pomóc, ale się
boisz. Czego? Do cholery! Nawet ja tego nie wiem. To jest jakiś niepochamowany,
zrodzony z urojeń strach, który ciągle gdzieś tam we mnie siedzi. Boją się
praktycznie wszystkiego, a przełamanie go nie jest dla mnie wyjątkowym
wydarzeniem, które można opijać. Serio… To chyba przez ten strach czuję takie
obrzydzenie do samego siebie, ponieważ wiem co chciałbym zrobić, ale się tego
boję. Boję się chyba nawet przyznać do tego kim jestem… Czy potrzebuję terapii,
czy jak zawsze „będę w stanie uporać sobie z tym samemu”? Nie wiem. Jak na ten moment: „Idę do kąta
wypłakać sobie oczy”.